Czy daliśmy radę żyć jak mnich? Spokój, medytacja i góry, czyli nasza przygoda w leśnym klasztorze Wat Pa Tam Wua

Od dawna, jeszcze na etapie planowania naszego półrocznego wyjazdu do Azji, wiedzieliśmy, że chcemy spędzić kilka dni w buddyjskim klasztorze i uczyć się medytacji. Pragnęliśmy doświadczyć tego na własnej skórze, zanurzyć się w tej atmosferze. Nie mieliśmy wybranego żadnego konkretnego miejsca – po prostu czekaliśmy, aż natrafimy na coś, co nas przyciągnie. Przeglądając Internet znaleźliśmy Wat Pa Tam Wua w północnej Tajlandii – buddyjski klasztor położony wśród gór, w malowniczej scenerii, która od razu nas urzekła.

Klasztor otwarty jest na każdego, kto interesuje się praktykowaniem medytacji metodą Vipassany, poznawaniem buddyzmu i stawaniem się bardziej uważną, spokojniejszą i szczęśliwszą osobą. Niezależnie od narodowości, płci, wieku, wiary. Tam Wua nie pobiera opłat. Możesz jednak zostawić darowiznę lub odwdzięczyć się pracą na rzecz klasztoru.

Zachęcające jest to, że nie obowiązuje tu surowy rygor – nie trzeba zachowywać absolutnej ciszy, pościć ani oddawać elektroniki w depozyt. W klasztorze panuje atmosfera swobody i spokoju, gdzie każdy może praktykować medytację we własnym tempie. 

Nie planowaliśmy tego specjalnie, ale nasz pobyt w klasztorze przypadł idealnie na czas świąt Bożego Narodzenia. Zamiast choinki i świątecznych światełek otaczała nas cisza gór.

JAK TU TRAFILIŚMY?

Z Chiang Mai skierowaliśmy się w stronę miasteczka Pai uważanego za mekkę podróżników i artystów pragnących nie tylko odpocząć w ciszy i spokoju, z dala od miejskiego zgiełku, ale także zgłębiać swoją duchowość i poszukiwać wewnętrznej harmonii. Główna ulica tętni życiem, pełna jest klimatycznych knajpek, jednak ceny są wyższe niż w innych miastach północnej Tajlandii.

Do klasztoru dojechaliśmy „żółtym busem„, który startuje obok dworca autobusowego w Pai (po lewej stronie od wejścia) o 7 i 11 rano każdego dnia. Przyjechaliśmy dużo wcześniej, ponieważ zazwyczaj jest wielu chętnych. Przejazd wyniósł nas 120 batów (ok 13 zł) od osoby i trwał 2,5 h. Jazda nie należała do zbyt komfortowych, siedzieliśmy w ścisku, ale mimo wszystko była to niezła przygoda. Jechaliśmy średnio 50 km/h, a pod górkę 15 km/h. Poznaliśmy fajnych ludzi, było wesoło. Z klasztoru ten sam busik odbiera ludzi codziennie o 8 rano. 

W Azji takie busy pełnią nie tylko funkcję transportu pasażerów, ale także służą do przewożenia różnych towarów, zarówno do sklepów, jak i do prywatnych domów. Pamiętamy, jak na początku byliśmy tym mocno zaskoczeni. 

ZASADY PANUJĄCE W KLASZTORZE

Jak wspomnieliśmy wcześniej, w klasztorze nie panują restrykcyjne zasady. Każdy ma możliwość wyboru ciszy, oznaczając to przypinką SILENT, a dla osób praktykujących milczenie przygotowano nawet wydzielone miejsca w stołówce. Kobiety i mężczyźni są rozdzieleni podczas ofiarowania ryżu, medytacji oraz oczywiście w miejscach noclegowych. Posiłki serwowane są obu płciom w osobnych kolejkach.

Telefony pozostają do dyspozycji, można z nich korzystać dowoli, robić zdjęcia czy rozmawiać z bliskimi. 

W klasztorze można przebywać minimum 2 noce, a maksimum 10. Pobyty krótsze niż 2 dni są niezalecane, ponieważ nie dają wystarczającej ilości czasu na pełne oddanie się praktyce medytacyjnej. 

Żółty autobus wysadził nas bezpośrednio pod samą bramą klasztoru i od razu skierowaliśmy się w stronę recepcji. Nie ma konieczności wcześniejszych zapisów. Rejestracji można dokonywać codziennie w godzinach od 8 do 16. Zostaliśmy wpisani do księgi kursantów, krótko objaśniono nam zasady klasztoru i pokierowano do „białego domku”, w którym dostaliśmy ubrania na czas pobytu. Na terenie klasztoru każdy kursant ubrany jest na biało z zasłoniętymi kolanami i ramionami. Dostaliśmy na osobę po dwa koce, poduszkę, materac i wskazano nam miejsce do spania. Dostępne są domki 1-osobowe, ale gdy kursantów jest więcej przydzielane są miejsca w wieloosobowych dormach. Niezależnie od miejsca noclegowego, wszyscy śpią na podłodze. Nie ma tu łóżek, ani innych wygód.

MEDYTACJA

Dzień w Wat Pa Tam Wua zaczyna się o świcie, gdy dźwięk gongów wzywa do porannej medytacji. Praktyka obejmuje trzy główne formy: medytację chodzoną, siedzącą oraz leżącą. Mnisi przed każdą sesją udzielają krótkich instrukcji, pomagając zrozumieć techniki skupienia i obserwacji oddechu.

Celem medytacji metodą Vipassana jest rozwijanie głębokiej świadomości i zrozumienia rzeczywistości takiej, jaka jest – bez oceniania, przywiązania czy negatywnego nastawienia, co jest uznawane za źródło cierpienia. W przeciwieństwie do medytacji skupionej na mantrach lub wizualizacjach, Vipassana nie koncentruje się na żadnym konkretnym obiekcie. Zamiast tego uczy obserwowania wszystkich zmian w ciele i umyśle. Warto również zaznaczyć, że Vipassana oderwana jest od wszelkich religii. Jednak z racji, że nauki odbywają się w buddyjskim klasztorze narzucona jest religijna otoczka. 

HARMONOGRAM DNIA

Na wstępie jest powiedziane, że nie jest to resort wypoczynkowy, pobyt jest za darmo, dlatego uczestnictwo w każdym punkcie planu dnia jest obowiązkowe.

Dzień zaczyna się o 5 rano na porannych medytacjach w dormie, jednak nie spotkaliśmy nikogo, kto by się na nie zdecydował. Większość kursantów wstawała około 6. Już o 6:30 rano rozpoczyna się ofiarowanie ryżu. Mnisi mogą jeść jedynie pożywienie, które przekazano im w jałmużnie. Musiałam być szczególnie ostrożna, ponieważ kobiety nie mają prawa dotykać mnichów, co jest jedną z podstawowych zasad w buddyzmie. To wynik szacunku dla ich duchowej roli oraz zachowania czystości. W praktyce oznacza to, że nie tylko kontakt fizyczny jest zabroniony, ale także wzrokowy czy rozmowa, chyba że jest to konieczne w kontekście naukowym lub duchowym. Zebrany ryż zostaje pobłogosławiony i stanowił później nasze śniadanie, które rozpoczyna się o 7. Dostępna jest również za darmo woda, kawa, herbata i kakao. Po posiłku udawaliśmy się nad jezioro na wschód słońca.

Poranna medytacja rozpoczyna się o godzinie 8. Jak pisaliśmy wyżej, przed każdymi zajęciami mnich udziela krótkich wskazówek dotyczących prawidłowej praktyki medytacyjnej. Pierwsze 45 minut spędzamy na medytacji chodzonej po ogrodach klasztornych. Na początku kolejki idą mężczyźni, a za nimi kobiety. Podobny podział płci obowiązuje podczas medytacji w sali – pierwsze rzędy są przeznaczone dla mężczyzn, a dalsze dla kobiet. Następnie przez 25 minut medytujemy w pozycji siedzącej, a na zakończenie, przez 30 minut, przechodzimy do medytacji leżącej. Bywało, że niektórzy zasypiali w tej pozycji, co skutkowało delikatnym chrapaniem. 

O 10:30 następuje kolejne ofiarowanie mnichom jedzenia i o 11 jest lunch. To drugi i ostatni posiłek jaki zapewniają w klasztorze, ale nie obawiaj się, na miejscu jest sklepik z podstawową chemią, napojami, słodyczami i zupkami chińskimi. Kobiety przekazują mnichom potrawy przygotowane na lunch, które są potem przez nich błogosławione. Mnisi biorą sobie jedzenie z ofiarowanych dań. Następnie mężczyźni, ustawieni w rzędzie, przekazują jedzenie z rąk do rąk, aż dotrze ono na stół. Pozostała część stanowi nasz posiłek. Oczywiście nie ma tutaj sprzątaczek, każdy sam po sobie sprząta i myje naczynia. Serwowane posiłki zawsze są wegetariańskie. Przeciętny lunch składa się z ryżu, warzywnego curry, makaronu lub innego dania warzywnego, świeżych lokalnych owoców i ciastek. Jeżeli masz jakąś alergię, powinieneś przynieść własne jedzenie dla własnego bezpieczeństwa.

Po lunchu mamy przerwę, a o 12:50 zbieramy się w sali na popołudniową medytację. Przebiega ona podobnie jak poranna, z tą różnicą, że medytacja chodzona odbywa się teraz wśród drzew dżungli. Podczas medytacji siedzącej zdarzało się, że zaczynały boleć nas nogi, ponieważ należało siedzieć po turecku – zgodnie z zasadą, by nie kierować bosych stóp w stronę Buddy.

O 15 kończy się popołudniowa medytacja, po czym mamy przerwę, a o 16 zaczyna się godzinna sesja sprzątania. Do wyboru są różnorodne zadania: można posprzątać w dormitoriach, toaletach lub, jak robiliśmy to my, codziennie grabić liście z trawników.

Między 17 a 18 jest kolejny czas wolny. My te przerwy spędzaliśmy leżąc na trawie i rozmawiając. Niektórzy oddawali się lekturze lub kontynuowali medytację.

Tuż przed 18 słychać dźwięk gongów, które zapowiadają wieczorną medytację. Składa się ona z 45 minut religijnych śpiewów, a następnie 45 minut medytacji siedzącej. Chociaż Vipassana nie jest związana z żadną religią, ponieważ odbywa się w buddyjskim klasztorze, część rytuałów religijnych jest zachowana. Wśród nich znajdują się pokłony oddawane Buddzie, choć jeśli ktoś nie czuje potrzeby ich wykonywania, może z nich zrezygnować. Śpiewa się w 3 językach – pali, tajskim (pisane fonetycznie) i angielskim. 

Po wieczornej medytacji następuje 1,5 h przerwy i o 21 wszyscy kursanci musza udać się do swoich dormów. Przebywanie po 21 na terenie klasztoru jest niedozwolone.

NASZE ODCZUCIA

N: Te trzy dni spędzone w leśnym klasztorze były ciekawym doświadczeniem. Mimo że medytacja była dla mnie trudnym zadaniem i ani razu nie udało mi się w pełni skupić, czułam się usatysfakcjonowana samą próbą. Obrazki tego pięknego krajobrazu zostaną w mojej pamięci na długo. Nie ukrywam, że nie do końca odnalazłam się w atmosferze, jaką tworzyły wieczorne katechezy buddyjskie prowadzone przez mnichów. Śpiewy nie przypadły mi do gustu – bardziej nuciłam coś pod nosem. Dodatkowo, miałam trudności z oddawaniem pokłonów posągowi Buddy. Szanuję te zwyczaje, choć nie zawsze są dla mnie łatwe do przyjęcia.

Po więcej zdjęć z naszego pobytu w klasztorze zapraszamy na naszego Instagrama – backpackerzy – w zapisanej relacji „Leśny Klasztor” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *